Kliknij tutaj --> 🐐 jak żyć po rozwodzie forum
Forum Znajdź lekarza Warsztaty online Jak żyć po rozwodzie? Patrycja Nowak 23.01.2018 21:57. Życie po rozwodzie . flickr.com. Życie po rozwodzie wydaje się
Przesypiamy moment, w którym powinniśmy się obudzić i szczerze zapytać siebie nawzajem co się dzieje. Wysłuchać przede wszystkim i zrozumieć to, co się usłyszało. My ludzie potrafimy pożądać i potrafimy kochać. Najczęściej jednak pożądamy nie kochając i kochamy nie pożądając i często nie jesteśmy tego świadomi.
Zaczęliśmy remontować mieszkanie - ładne 3 pokoje kuchnia, łazienka, wc w centrum miasta. Sprowadził swojego kolegę - facet 61 lat - no ten zaczął mieszać w naszym małżeństwie- kazał mu się stawiać żonie. Kiedy zorientowałam się że mój facet spowiada sie z każdej sytuacji w domu a ten mu udziela rad - szlag mnie trafił.
Po naszej namiętnej randce z happy endem zadzwoniłem do niej dwa dni później z propozycją wyjścia do restauracji. Zgodziła się. Spotkanie było wyjątkowo udane i upewniło mnie to w przekonaniu, że Aneta jest bardzo wartościowa. W dodatku podobnie jak ja, ona również zaangażowała się w relację.
Jeśli chciałbyś podzielić dom po rozwodzie to robi się to np. przez przejęcie domu na wyłączną własność i spłatę drugiego współmałżonka. Napisałam na przykład, ponieważ wszystko zależy od metody, którą wybierzesz. Podzielić dom po rozwodzie możesz na kilka sposobów. W tym artykule kompleksowo pokazuje 3 z nich.
Site De Rencontre Millionnaire En France. Witam i dziękuję z góry twórcom tego serwisu. Może ktoś powie mi jak odbić się od rozwodzie z alkoholikiem (pije, bije, nie płaci), spadło na moje barki zadłużone spółdzielcze mieszkanie, dwie nieletnie córki, likwidacja mojego budżetowego zakładu pracy i były mąż alkoholik, który mimo sądowego nakazu opuszczenia wspólnego mieszkania - zamieszkiwał w nim nadal. Nie będę opisywać horroru sprzed 10 lat, bo kto tego doświadczył, wie jak wygląda takie bezrobotna wzięłam w biurze pracy kredyt na rozpoczęcie działalności i już w drugim miesiącu popłynęłam na składce ZUS, za co zostałam ukarana kolegium. Zaczęła się spirala zadłużeń. Były mąż nie płacił alimentów, bo nie pracował, a i nie wyprowadzał się, bo nie miał dokąd. Poza tym, był głównym najemcą lokalu i to z nim korespondowała sp-nia w sprawie zadłużenia. Przyszedł nakaz eksmisji i udało mi się pozbyć b. męża. Wszelkie moje ugody ze sp-nią dot. spłaty zadłużenia, okazywały się nierealne, bo już ZUS potrącał mi 50 proc. z każdego możliwego dochodu, a na dodatek zlikwidowano Fundusz Alimentacyjny, z którego korzystałam, bowiem były mąż nie miał pracy. Kiedy mogłam, płaciłam czynsz - ale najczęściej nie było mnie stać. Wpisałam się więc na długą, gminną listę oczekujących na lokal socjalny i klepałyśmy codzienną biedę. Córki dostały się na dzienne studia, ale nie miały nawet stypendium socjalnego, bo mój dochód nie był w zaświadczeniach pomniejszony o komornika z eksmisją z klauzulą wykonalności ratowały mnie nowe przepisy o zakazie eksmisji "na bruk" i fakt oczekiwania na lokal socjalny. Wtedy też przeszłam na wcześniejszą przyspieszyć opuszczenie spółdzielczego mieszkania, przepisałam się na krótszą listę oczekujących na lokal do remontu na koszt przyszłego najemcy. W 2005 r. komisja przyznała mi prawo do takiego lokalu, więc zapożyczyłam się u znajomych, żeby móc wyremontować wybraną, jednoizbową klitkę, bez jakichkolwiek wygód. Równocześnie prośbą i groźbą wyżebrałam w ZUSie umorzenie zadłużenia z czasów prowadzenia działalności. W marcu 2006 r. zdałam spółdzielni mieszkanie, mając nadzieję, że będzie mi umorzone zadłużenie. Ale nie!Spółdzielnia sprzedała mieszkanie na wolnym rynku, za kwotę znacznie przekraczajacą moje zadłużenia, mi komornik zabiera 1/4 emerytury, a poza tym na wniosek sp-ni wszedł na pensję starszej córki, bowiem była ona zameldowana w zadłużonym mieszkaniu. Córka mieszka w innym mieście, tam wyszła za mąż i wzięła z mężem kredyt mieszkaniowy na 30 lat. Teraz, z powodu komornika ma problemy z bankiem, który udzielił kredytu. Młodsza córka jeszcze studiuje i jak podejrzewam, ona też będzie płacić za błędy rodziców. Ja najprawdopodobniej nie przeżyję tej zimy, bo klitka jest ogrzewana elektrycznie, a już zalegam za prąd, że o czynszu nie że moje interwencje u komornika i w sp-ni okazały się bezskuteczne. Komornika nie interesuje moja tragiczna sytuacja finansowa, a sp-nia nie widzi podstaw do umorzenia zadłużenia, bowiem wpłaty wpływają regularnie (sic!).Sorry, za tę przydługą opowieść, ale niech będzie ona przestrogą dla osób w podobnej zapomną o czymś takim jak godność i zmaganie się z przeciwnościami wiem, że trzeba mi było zostać rodziną patologiczną, korzystać ze wszystkich możliwych świadczeń socjalnych, czekać na wyremontowane mieszkanie socjalne od gminy i mieć umorzone zadłużenie w sp-ni, bo patologicznych komornik nie ściga. Mój były mąż nadal pije, puścił z torbami drugą żonę i własną matkę, a teraz pewnie dostanie rentę, bo ma chorą wątrobę po kilkudziesięciu latach chlania. Fajny kraj, prawda?Pozdrawiam optymistów
Witam! Bardzo proszę o pomoc, ponieważ nie wiem już co mamy zrobić.. Mój obecny mąż w sierpniu 2007r. wziął rozwód, z wspólnego z żoną mieszkania wyprowadził się w październiku 2006r. Podczas trwania małżeństwa powstały niebagatelne długi w 4 bankach (dwie umowy wobec innych banków mąż już spłacił) na łączną kwotę blisko 35 tyś. (na dzień dzisiejszy). W przypadku wszystkich umów współkredytobiorcą była ex żona. Ponadto w czerwcu ubiegłego roku pozwała nas również o płacenie alimentów na syna, który ma obecnie 19 lat i po raz trzeci nie ukończył I klasy szkoły zawodowej. Pomimo kilkakrotnych interwencji ze strony mojego męża Pani Ex nie zobowiązuje się w żadnym wypadku do spłaty żadnego z kredytów. W chwili, gdy jeden z banków wystosował do niej pismo mówiące o ewentualnym zajęciu jej zarobków na poczet jednego z kredytów Pani Ex podpisała z moim mężem umowę (w obecności świadków), iż zobowiązuje się do spłaty połowy jednego z kredytów. My wpłacaliśmy swoją część, ale niestety... Kilka dni temu okazało się, iż mężowi zabrano 2/3 pensji. Okazało się bowiem, iż żadnej spłaty połowy kredytu nie było! Pragnę jeszcze nadmienić, iż mąż zostawił byłej żonie wszystko w mieszkaniu spółdzielczym i opuścił dom z przysłowiową 1 torbą. Pani Ex pracuje i zarabia PLN, mąż ok. 2000 PLN. Za miesiąć spodziewamy się narodzin bliźniąt. Chcemy tylko normalnie żyć.; Niestety nie jesteśmy już w stanie spłacać wszystkich długów (tj. ok 1500 PLN miesięcznie). Sami wynajmujemy mieszkanie. Co możemy zrobić? Czy banki mogą uwzględnić naszą sytuację i zażądać solidarnej spłaty długów? BARDZO PROSZĘ O POMOC.
Rozwód – temat rzeka. Tak po prawdzie nie mam zamiaru o nim pisać w obszerny sposób. Nie o tym jest blog, nie o tym ma być zakładka Wydziaranej Macochy. Więc po krótce; rozeszłam się z moim ex po 10 latach znajomości, prawie 7 latach po ślubie. Nie było to bezbolesne i nie obeszło się bez łez, dramatów i innych takich. Rozstanie nie było „ładne”, rozwód już był lekki. W UK istnieje odpowiednik rozwodu z orzeczeniem o winie czyli „unreasonable behaviour”. Piękno brytyjskich rozwodów tkwi w fakcie, że przez cały proces ani razu nie musisz postawić stopy w sądzie. Oczywiście tak długo jeśli dobrze się dogadacie, ale ogólnie wszystko idzie drogą pisemną, na wszystko jest jakiś formularz i dokument. Piękne, nie budzi emocji, daje dystans, nie rozdrapuje starych ran, nie doprowadza do kolejnych konfrontacji i daje nam możliwość odbudowywania siebie bez ciągłego spoglądania na drugą stronę przez rzędy sądowych ławek. W wielkim skrócie: rozeszliśmy się na początku drugiego kwartału roku, w sierpniu już mieszkałam 650 km dalej w Edynburgu, a w kwietniu kolejnego roku oficjalnie byłam rozwódką. Obydwoje jesteśmy szczęśliwi i mam nadzieję, że mój eks jest tak samo zadowolony z życia jakie teraz ma. Kropka. Koniec tematu. A co po rozwodzie? Do sedna! Moje ciało. Wiem jak pokrętnie i dziwnie to brzmi ale tak jest. Gdzieś w trakcie małżeństwa potraciłam się w świadomości własnego ciała i wyglądu. Zawsze miałam tendencje do kilku kilogramów w gratisie. Do końca nie jestem pewna, ale w którymś momencie po przeprowadzce do UK moja waga dobiła do 80kg, a potem już było z górki. Mogę winić tabletki antykoncepcyjne, złą dietę, brak odpowiedniej dawki ruchu, depresje, brak motywacji itd. Prawda jest taka, że dzisiaj winie tylko siebie. Ale kilka lat temu winiłam społeczeństwo za…. No za co? Za brak akceptacji dla puszystych ludzi. Mówiłam sobie: „nie ma znaczenia jak wyglądam, liczy się wnętrze” lub „No i co z tego, że mam kilka ekstra kilogramów skoro jestem lubiana, mam poczucie humoru i fajnie się bawię”. No i przyszło rozstanie, moment kiedy zaczęłam przewartościowywać swoje życie i siebie. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie jestem pulchna. Jestem gruba i zaniedbana. Nie jestem szczęśliwa, utrzymuje swoje życie w nadmuchiwanej przez własne kompleksy bańce wymówek. No i co? Kupiłam adidasy, dresiaka i voucher na 10 zajęć bootcamp. Katorga, męczennictwo, znęcanie się nad ludźmi 😉 Przeszłam detoks, po którym od nowa zbudowałam mój związek i miłość do jedzenia, jednocześnie zachowując szacunek do mojego ciała. Zaczęłam biegać, dalej tego nienawidzę i nigdy tego nie polubię, ale skupiłam się na osiągnięciu celu. Najpierw był to 1km, potem 2km, potem 1 mila w 10 min i tak dochodząc do 5km, 7km i 10km. Pokochałam ciężary i sztangę. Przestałam bać się wysiłku i zakwasów, mało tego zaczęłam je celebrować jako nagrodę za dobrze wykonaną pracę. Razem z rosnącym dystansem, większym ciężarem sztangi, dobrym żywieniem i wykonaną pracą leciały centymetry i kilogramy. Z wagi 103kg zeszłam do 73kg. Dlaczego pisze o tym jako pierwszej rzeczy? Nie po to żeby się chwalić, dzisiaj jest mi wstyd, że rozumna, zdrowa, dojrzała kobieta, mogła doprowadzić się do takiego stanu. Piszę o tym dlatego, że to były drzwi które otworzyły mi drogę do wielu miejsc, do wielu stanów, do emocji, do tego miejsca w którym dzisiaj jestem Nauczyłam się porządnie jeździć autem. Kiedy się rozchodziliśmy, prawo jazdy miałam już od ponad roku, ale jeździłam wtedy kiedy musiałam i z reguły krótkie dystanse. Po rozstaniu, nie było mojego ex żeby wozić mi najlepsza przyjaciółka, mieszkała 40 minut jazdy autem zahaczając o przerażającą obwodnice M25 pod Londynem lub centrum Londynu. Nie było opcji – musiałam jeździć. Od sierpnia normą dla mnie stały się wycieczki Edinburgh – Londyn – 400 mil. Pokochałam jazdę autem, nikt nie siedział obok i nie zwracał mi uwagi na prędkość, układ rąk na kierownicy, odległość od krawężnika i na ile razy parkuje. Podrapałam auto chyba 10 razy. Za to ogarnęłam regularne sprawdzanie auta na drogę, opony, płyny, bezpieczniki i inne takie. Nikodem uwielbia ze mną jeździć, jestem dobrym i dynamicznym kierowcą. Jeżdżą ze mną jego dzieci, a to oznacza, że jestem warta zaufania. Zaczęłam zwiedzać Brak drugiej połówki wypełniającej mi czas. Wolność i posiadanie tylko kilku talerzy i kilku widelców, podarowały mi więcej czasu. Fakt, że postanowiłam wrócić na dobre do Szkocji i nigdy więcej nie zawitać,na dłużej niż kilka dni, do Londynu zmotywował mnie do zrobienia sobie „London bucket list”. Rozpisałam sobie co warto, co trzeba i co chce zobaczyć w Londonie. Muzea, ogrody, parki i takie tam. Pojechałam do okolicznych wartych zobaczenia miasteczek. Odwiedziłam Cambridge, Oxford i Bath. Zakochałam się od nowa w aparacie i uczyłam się kochać czas sam ze sobą, dobrze bawić się samemu ze sobą. Cholernie trudny proces. Polubiłam seks Tutaj po krótce. Nie było tego za wiele w moim życiu małżeńskim. Razem z odbudową świadomości własnego ciała i zmianami które w nim zachodziły, odzyskiwałam też potrzebę bliskości i budziła się od nowa moja seksualność. Nie żebym spała z kim popadnie, ale kilku mężczyzn spotkałam na swojej drodze zanim poznałam Nikodema. Wypracowałam „normalność”. Straciłam pewność siebie, żeby ją zbudować od nowa. Kolejny raz pokrętnie, już tłumaczę bo to proste. Pracowałam z psychologiem. Po rozstaniu pracowałam z psychologiem zajmującym się tylko związkami, początkowo miało być to docelowo aby związek odbudować, jednak bardzo szybko okazało się, że podświadomie nie chciałam starego naprawionego związku. Chciałam naprawionej lub nowej Klaudii. Pięć spotkań z panią psycholog i zdawało mi się, że jestem zajebista… Z nowym związkiem z Nikodemem, zaczęły wychodzić stare problemy, nieprzepracowane tematy, zakopane płytko pod ziemię problemy i schowane pod dywanem kompleksy. Trafiłam z polecenia na Magdę, prowadzącą gabinet online PsycheTee. Wspaniały profesjonalista, kupa ciężkiej pracy z mojej strony i dzisiaj Magda nie jest już tylko moim psychologiem ale i przyjacielem oraz coachem. Zawsze mogę do niej wrócić i pogadać. Tak po prawdzie punkt 1 i punkt 5 powinny być zaraz obok siebie. Ciało i głowa są ze sobą tak silnie związane, że bez pracy nad głową nic nie osiągniesz ze swoim ciałem i odwrotnie. Pracując nad głową i jednocześnie zaniedbując ciało nie masz szans osiągnąć sukcesu. Są tacy, którzy mówią że jelita są naszym drugim mózgiem. Dzisiaj w 100% się zgadzam. Bez psychologa nie byłabym tu gdzie jestem! Kariera i wielowymiarowy rozwój. Uwierzyłam w marzenia. Tak. Od nowa zaczęłam marzyć. Kryptowaluty, inwestycje, podróże i zmiana w mojej karierze. Marzenie o policji, które nie jest już marzeniem. Przepiękne uczucie, nie tylko marzyć i śnić ale to robić i się spełniać! Przed rozwodem byłam “nałogowym poddawaczem”. Mój eks nie był też mistrzem motywacji, a ja przez wszystkie lata wyrobiłam w sobie paskudny nawyk odpuszczania przy pierwszych większych trudnościach. Wiele razy od osób z mojego najbliższego otoczenia, teoretycznie tych którzy powinni mnie wspierać słyszałam słowa “Jeśli teraz nie dajesz rady to co będzie potem” . Myślę, że największym krokiem, takim milowym było odcięcie się od kilku toksycznych znajomości i taki mentalny i cielesny reset. Kolejny raz, gdyby nie praca nad ciałem i głową (to przede wszystkim) to dzisiaj bym pewnie imprezowała,spała z przypadkowymi facetami i ciągle żyła z dnia na dzień myśląc, że jestem szczęśliwa. Dzisiaj marze i nie boje się realizować i wdrążać w życie moich marzeń. Rozwijam się w każdym kierunku. Chce nauczyć się wspinać, może mówić w innym języku (wrócić do Francuskiego, kiedyś byłam biegła w tym języku), kupiłam książki o SEO i tworzeniu stron, chce łamać stereotypy o byciu macochą, chce pisać, chce być Policjantką, chce codziennie ulepszać mój związek itd itp… Nie kończąca się lista, która już nigdy nie skończy się chceniem, ale realizacją. Remonty, domowe naprawy i inne takie. Z kupnem własnego mieszkania przyszły nowe obowiązki. W domu moim i mojego eks to on wszystko robił. Nie dlatego, że ja nie chciałam, raczej dlatego, że on to zawsze mógł zrobić lepiej. A tu nagle swoje 4 kąty, i co? Nie ukrywajmy, nie stać mnie było na wynajęcie pana złotej rączki do wszystkiego… Okazało się, że ja to lubię! Uwielbiam zakupy w sklepach budowlanych, próbowanie nowego modelu szlifierki lub wiertarki to sama frajda. Zanim się spostrzegłam miałam w swojej szafce cały zestaw narzędzi, łącznie ze szlifierka, wycinarką, zestawem do kładzenia paneli i zszywaczem przemysłowym. Nauczyłam się kłaść panele, szlifować ściany, kładzenia gładzi szpachlowej, wymieniać zamek w drzwiach . Sama zaprojektowałam i wykonałam ścianę z desek z paneli. Dalej nie ogarniam i nie kwapię się do hydrauliki i elektryki, ale sama przetkam zlew, wymienię kontakt, czy włącznik światła. Jedno z przyjemniejszych uczuć jakie miałam okazję doświadczyć: SAMODZIELNOŚĆ. Nie chodzi o to, że potrafię sama sobie rachunki zapłacić i zakupy zrobić, chodzi o to że kiedy coś się dzieje, nie wpadam w panikę, nie otwieram książki telefonicznej i nie szukam kogoś do pomocy. W spokoju siadam i myślę : ile z tego mogę zrobić sama, czego będę potrzebować, a dopiero później, jeśli nie ma opcji, proszę o pomoc. Może to brzmieć niedorzecznie dla niektórych, ale dla mnie to oznaka, że ogarniam swoje podwórko. Nikodem No co tu dużo mówić. Gdybym się nie rozwiodła to bym nie poznała Nikodema. Tutaj nie ma co rozwijać. Tak miało być. To miejsce, ten moment, ten czas. Splot wielu wydarzeń w moim i jego życiu spowodował, że mogliśmy siedzieć razem w domku moich dziadków z jego dzieciakami na wakacjach i kreować wspólne wspomnienia, możemy się wspierać i spełniać marzenia. To on nauczył mnie tego, że “Sky is the limit”, a ja dołożyłam do tego swoje “you make me so high, that I can reach the sky!”
Witam serdecznie! Rozwód (przemyślany, chciany, niechciany) bez względu, jaki by nie był, zawsze oznacza rozstanie, dlatego towarzyszy mu zazwyczaj wiele negatywnych emocji, np. wątpliwości, obawy, czy postąpiliśmy słusznie, czy teraz w pojedynkę sobie poradzimy. Pojawia się żal, smutek, przygnębienie, czasem tęsknota, wspomnienia dobrych chwil z przeszłości. Tych emocji po rozstaniu – pozytywnych, negatywnych, ambiwalentnych – jest czasem tak dużo, że trudno je zrozumieć, zaakceptować, połączyć ze sobą, uzasadnić. Napisała Pani, że jest świeżo po rozwodzie, zatem nic dziwnego, że czuje się Pani „dziwnie”. Znajduje się Pani w nowej dla siebie sytuacji, która potencjalnie jest kryzysowa. Jeżeli trudno Pani zrozumieć samą siebie, stała się Pani płaczliwa, trudno Pani normalnie funkcjonować, to radzę skorzystać Pani z pomocy psychologa/psychoterapeuty, który pomógłby Pani uporządkować pewne sprawy w swoim życiu, z którym mogłaby Pani przepracować rozstanie z mężem i zaakceptować pojawiające się uczucia. Pozdrawiam i życzę powodzenia!
Rekomendowane odpowiedzi Witajcie. Jestem w trakcie separacji ale najprawdopodobniej dojdzie do rozwodu. Byliśmy młodym małżeństwem 1,5 roku stażu. Było nam ze sobą bardzo dobrze do czasu - kiedy różnica charakterów zaczynała dawać się we znaki - mowiąc kolokwialnie nie dogadywaliśmy sie. Żona postanowiłą wyprowadzić sie do innego miasta niby że na okres próbny, przemyśleć odpocząć aż w koncu stwierdziłą że uczucie w niej wygasło i nie chce wrócić do mnie. Przez cały ten okres bardzo ją prosiłem żebyśmy rozmawiali ze sobą, starali sie to wszystko uratować, wyleczyć żale i urazy, że potrzebujemy pracować nad własnymi charakterami i nad związkiem ..nic z tego. Moja żona jest bardzo upartą osobą do której trudno dotrzeć. Sama ma problemy z ktorymi powinna sie udać do psychiatry i psychoterapeuty (nerwica lekkowa, depresja) ale ona to wszystko dusi w sobie i nie chce dać sobie pomoć. Po rozstaniu wróciłem do swojego domu rodzinnego i mieszkam z matką (co też nie jest dobrym rozwiązaniem ale musze sie odkuć finansowo żeby cokolwiek myśleć o swoim kącie). Wrociłem z ostrą depresją - która wynika z tego poczucia straty sensu życia po rozstaniu. Byłem u neurologa-psychiatry. Zażywałem symfaxin, alprox... Ale generalnie nic z tego. Nie mam ochoty na nic. Mam 30 lat a wydaje mi sie że to koniec mojego życia, że zaraz umrę i juz nic szczęścia w życiu nie zaznam a chcialbym jeszcze obdarzyć drugą osobę miłością i miećrodzinę. Moje dotychczasowe hobby (ksiązki, gry, 2 wojna światowa) w ogole mnie juz nie interesuje. Jest tylko rozpacz i brak nadzieii. Staram sie sobie tłumaczyc ze jeszcze życie przede mną ale nie mam zadnej radości życia w sobie... nic a nic jest tylko czarnowidzctwo. I przyznaje, że to w dużej mierze przez to że wciąz bardzo kocham żonę i chciałym wszystko naprawić i pracować nad soba i naszym zwiazkiem ale ona twierdzi że w niej wygasło uczucie i nic nie moze z tym zrobić. Nie wiem zupelnie jak mam żyć teraz............ artem Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Gość Cześć-w tym cały ambaras żeby dwoje chciało naraz..terapia małżeńska byłaby dobra..tyle że bez żony nic nie teraz o siebie idź do psychoterapeuty, bolą musisz dać sobie czas na uporanie z własnym szczęśliwy pokochasz jak uporasz się ze swymi dzieci nie macie? Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Gość Współczuję bardzo. Koniec związku, to z tego co znam z życia, zwykle utrata sensu, bo kończy się coś, w co wierzyliśmy. Do tego rozpacz, ból... Ale ten stan mija, każdy dzień jest lepszy i czas zaczyna znowu płynąć. To w żonie nie ma chęci rozwiązania problemu i póki co woli do odbudowania małżeństwa, więc nie masz na to żadnego wpływu. Chyba najbardziej męczące jest poczucie, że coś się mogło zrobić lepiej i że trzeba samemu wymyślić strategię, znaleźć rozwiązanie, zdobyć znów tego kogoś. I według mnie to właśnie ta nadzieja powoduje ból. I branie odpowiedzialności za coś, czego nie można przeskoczyć. A tylko żona może się z tym uporać, nic za nią nie zrobisz. Możesz tylko się starać chronić siebie przed złymi myślami i złym myśleniem o sobie. Jedyne co może mieć wpływ to to, co ona ze sobą zrobi i upływ czasu - który może pozwoli jej zrozumieć czego chce. To, że nie wyszło, nie znaczy, że z Tobą coś jest nie tak. Z Twojego postu wynika, że zachowujesz się dojrzale, może to z nią jest coś nie ok i jak tego nie zmieni, to nie będzie z Waszym małżeństwem już dobrze, albo po prostu nie pasujecie do siebie. Mi pomagało kiedyś po rozstaniu też takie hasło "Nie ma miłości bez wzajemności". Czyli jeśli moje uczucia nie uszczęśliwiają drugiej osoby, to są... niepotrzebne. Bo miłość to uszczęśliwianie kogoś, więc jeśli to nie jest możliwe, to znaczy, że prawdziwa miłość nie jest możliwa między nami. Przy czym nie czułam, żeby takie myślenie było skierowane przeciwko mnie - to nie musi być moja wina, że nie mogę tej drugiej osoby uszczęśliwić. Może ona sama nie umie uszczęśliwić siebie? Ale pomagało mi na rozczulanie się nad "wielką miłością" - choć brzmi trochę okrutnie, ale u mnie przynajmniej zdawało egzamin. -- 12 sie 2011, 22:39 -- A po ludzku to bardzo współczuję. Tak po prostu. Ludzie, którzy nie dojrzeli do małżeństwa nie powinni się w to pakować. Ehh... Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Witam ! Widzę że jesteś wrażliwym mężczyzną który nie poddaje i walczy o to co kocha! Bardzo dobrze, dałeś do zrozumienia żonie że Ci na niej zależy, że chcesz ratować wasz związek. Jeżeli czujesz że warto, walcz dopóki możesz. Jednak pamiętaj, że to nie zależy wyłącznie od Ciebie. Aby było dobrze muszą chcieć dwie osoby, sam nic nie zdołasz. Piszesz o problemach Twojej żony, postaraj się jej pomóc. Zacznij od szczerej rozmowy, zapytaj ją czy decyzja o rozwodzie jest przemyślana, czy nie podjęła jej pochopnie. Wspomnij o specjalistach którzy mogą pomóc waszemu związkowi. Być może żona chcę się z Tobą rozwieść przez depresję. Powiedz jej o swoich uczuciach i chęci pomocy z twojej strony, odpowiedź jej jak sam to przeżywasz. Wydaję mi się że to wszystko co możesz zrobić. Jeżeli nie pomoże trudno. Chociaż nie będziesz sobie zarzucać że nie wykorzystałeś wszystkich możliwości i będziesz miał czyste sumienie w przyszłości. Piszesz że wmawiasz sobie że całe życie przed Tobą - kiedy to prawda! Jesteś młodym ( i z tego co widzę ) wrażliwym mężczyzną, a powiem Ci z własnego doświadczenia że właśnie wrażliwość kobiety cenią najbardziej ! :). To normalne że czujesz ból, pamiętaj jednak że choć brzmi to kolokwialnie czas leczy rany! Wierzę że Ci się uda, jak nie dojdziesz z żoną do porozumienia, to na pewno z biegiem czau ułożysz sobie życie na nowo i będziesz szczęśliwym człowiekiem! Życzę Ci wszystkiego dobrego i trzymam kciuki! Pozdrawiam i powodzenia! Madziorex Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Piszesz o problemach Twojej żony, postaraj się jej pomóc. Zacznij od szczerej rozmowy, zapytaj ją czy decyzja o rozwodzie jest przemyślana, czy nie podjęła jej pochopnie. Wspomnij o specjalistach którzy mogą pomóc waszemu związkowi. Być może żona chcę się z Tobą rozwieść przez depresję. Powiedz jej o swoich uczuciach i chęci pomocy z twojej strony, odpowiedź jej jak sam to przeżywasz. (...) Piszesz że wmawiasz sobie że całe życie przed Tobą - kiedy to prawda! Jesteś młodym ( i z tego co widzę ) wrażliwym mężczyzną, a powiem Ci z własnego doświadczenia że właśnie wrażliwość kobiety cenią najbardziej ! :). To normalne że czujesz ból, pamiętaj jednak że choć brzmi to kolokwialnie czas leczy rany! Wierzę że Ci się uda, jak nie dojdziesz z żoną do porozumienia, to na pewno z biegiem czau ułożysz sobie życie na nowo i będziesz szczęśliwym człowiekiem! Życzę Ci wszystkiego dobrego i trzymam kciuki! Madziorex Owszem, próbowałem jej pomóc, nam pomóc. Sam zdecydowałem się na leczenie psychiatryczne (depresja) i terapeutyczne (aczkolwiek z braku funduszy została mi autoterapia z pomocą książek - kiedyś tak pokonałem nerwicę natręctw) . Prosiłem, bardzo prosiłem, proponowałem - chodźmy na terapie małżeńską, osobno na indywidualne terapie, chodźmy do neurologa (moja żona ma wyraźne tiki nerwowe będące efektem duszonych emocji). Nic z tego ona uważa ze jej to nie jest potrzebne... Więc pozostałem nie tylko z rozpaczą po jej odejściu bo kochałem ja nad życie ale też z poczuciem porażki że nie potrafiłem do niej dotrzeć; z reszta nikt z jej rodziny nie ma żadnej na nią wpływu i żadnych sugestii nie bierze pod uwagę. Nie dość że jestem za natury nieśmiałym typem samotnika to teraz już w ogóle mam lęk przed rozpoczęciem jakichkolwiek znajomości z kobietami, mam straszny żal i ranę w duszy po tym co się stało. Nie wiem, mam cholerna blokadę, nie wiem czy kiedykolwiek będę potrafił nawet zagadać z kobietą... A przyznaje że bardzo wiele rzeczy mi sie przeewartościowało w tym związku i po rozstaniu. Rodzina i chęć dawania siebie drugiej osobie stała sie priorytetem... a teraz pozostała jedynie pustka i smutek, straszny smutek Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Gość Wykazujesz bardzo dojrzałe podejście do problemu i zrobiłes duzo dla komuś pomóc tylko wtedy gdy on sam tego po tych przeżyciach masz różne Ci ciężko,ale dopóki nie uporasz się z przeszłością nie będziesz mógł iśc tam czeka kobieta..abyś ją kasę też można leczyc się u psychiatry i psychologa,to Ci teraz jes niezbedne. Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Artem80, ta historia mi bardzo przypomina jedną o której słyszałam osobiście zaczęłam się nawet zastanawiać czy się czasami nie znamy. Niestety myślę, ze nie da się tutaj już nic uratować, bo za daleko to zaszło. Lepiej się rozstać i odciąć od przeszłości. Ból z czasem mija, teraz jest wielki ale trzydzieści lat to dopiero start w życie, tak wiele się może wydarzyć jeszcze dobrego. Zakopanie się w depresji to niezbyt dobry pomysł dlatego trzeba wszelkimi sposobami czy to farmakologicznie czy też poprzez terapię wyjść z tego stanu. Wiem, łatwo mówić ale da się to zrealizować sama z tego bagna wychodzę. Szkoda życia, mamy tylko jedno i po co zbudzić się po latach z poczuciem zmarnowanego czasu? Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Ka_Po, Kasiu zaczniesz, przecież z tego co pamiętam to nie Twoja jedyna miłość w życiu, wiesz jak jest. Najpierw pięknie, potem rutyna, a później albo sobie z tym radzimy albo nie. Ból rozstania, jak to napisałaś żałoba, ale po jakimś czasie to mija i zaczynamy się od nowa rozglądać. Zauważamy, ze jakiś mężczyzna się do nas uśmiechnie, ktoś zagadnie. wraca własna atrakcyjność i poczucie wartości. W sercu zaczyna się budzić nadzieja na nowe... i to jest własnie życie... Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Gość Dziewczyny czasem trzeba coś stracić żeby coś nowego zyskać..a może to NOWE będzie wspanialsze niż możnaby sobie to wyobrazić..i potem przychodzi refleksja..po co ja tak rozpaczałem/łam..skoro teraz jest tak wam jak nakrotszego czasu żałoby..i dużo radości..każda miłość jest cudowna,niepowtarzalna,jedyna...takich miłości wam życze:-) Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Artem80, mam identyczny problem, jestem w tej samej sytuacji. Róznica tylko taka, ze to mnie mąz zostawił, ze względu na moją chorobę separacja trwa juz 1,5 miesiąca:( Chodzę do psychologa, jestem na Oddziale dziennym, nie wiem co bym zrobiła sama, bez opieki lekarskiej. na początku szalałam z rozpaczy, wariowałam dosłownie, prosiłam, błagałam , to nic nie dało, aż w końcu dałam sobie spokój, chociaz ból pozostał. Moja psychoterapeutka powiedziała, że przechodze teraz taki okres "załoby", który jest normalnym stanem po stracie bliskiej osoby i że czas wszysko zmieni i że mam teraz prawo do różnych uczuć od miłości po nienawiść. Boję sie rozwodu i tych wszystkich formalności papierkowych, boje sie, ze nie poradze sobie będąc całkiem sama. Artem, wiem ciężko Ci jest, nie wiem co Ci doradzić bo sama jestem w takiej sytuacji ale jeszcze zyję z dnia na dzień oswajam się coraz bardziej z sytuacją i tak narazie musi być. Niestety nie mogę sobie pozwolić na wizytę u psychoterapeuty w związku z brakiem funduszy - pracuję jako lektor języka obcego w prywatnej szkole a teraz jest martwica wakacyjna jesli chodzi o lekcje. W urzedzie pracy nie moge sie zarejestrować bo zostalem skreślony na 4 miesiące po tym jak nie stawilem sie na spotkanie - a żeby było bardziej ironicznie to nie stawilem sie bo pojechalem na spotkanie z żoną (z ostatnią nadzieją kwiatami i uczuciem, nic z tego). Zostały mi ksiązki i fora internetowe to moja jedyna podpora. Poza tęsknotą, lękiem o przyszłość najgorsza jest nerwowość, samotność i nieumiejętność usiedzenie w jednym mejscu. Zażywam tranxene ale chyba go powoli odstawie. O fajakch juz nie wspomnę ile "kopcę" a nigdy nie paliłem. Nie wiem juz jak mam sobie mówić że wszystko będzie dobrze. W sumie wciąż czekam na ostateczną odpowiedz od żony i poki sie to wszystko nie wyjasni w jedna czy drugą stronę nie zaznam spokoju. Wszyscy dookoła mi mówią że potrzeba czasu, cierpliwości i z tym najbardziej nie potrafie sobie poradzić cokolwiek bym nie robił mam wrażenie żę teraz życie przesypuje mi się jak piasek przez palce, że tracę każdą minutę życia jeśli nie jest mi dane KOCHAĆ I DAWAĆ SIEBIE tej drugiej osobie . no cóż tak mi ten związek przewartosćiował wszystko Mam 30 lat a prawda jest taka że to był mój pierwszy poważny zwiazek, dlatgo nie potrafie wyjsc z tego szoku. Nigdy nie staralem sie szukac na sile milosci ale jak juz znalazlem to kompletnie nie potrafie sobie poradzic z jej utratą. Jakikolwiek były to truzim to ten zwiazek był moim wymarzonym, zwińczonym malżeństwem, nadzieją na życie i BOJE SIE TEGO BARDZO, że skoro tak wielki ładunek emocjonalny włożyłem w ten związek nie wiem czy będę potrafił sie z kimś jeszcze zwiazać tak mocno, szczerze i spontanicznie. ps. nie sądziłem że spotkam sie z takim odzewem na mojego posta. dzieki wam, to dla mnie w tym momencie jedyna sensowna podpora bo wiem ze jest szczera i nie wymuszona Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Gość Czekanie męczy,wiem dostałem kopa od dziewczyny po 3 latach,ponieważ stwierdziła,,że nie zamierza niańczyć!mojej nerwicy do końca życia,,no cóż bolało musiałem zaakceptować jej wolę,a było mi się gorszy,odrzucony..wściekły,że nie dosyć że sam się zmagam to jeszcze mi się posypało..przedawkowałem leki,uratował mnie kumpel z którym mieszkałem..wrócił wcześniej z imprezy..było krucho ze mną..widac miałem jeszcze wiem,że nikt ani nic nie jest warte tego by sobie życie bardzo Cię rozumiem..zapisz się może na terapie z NFZ..czeka się ale zawsze to lepsze niż do czytania ,,Nową Ziemie,,Eckharta Tolle,,i trzymam kciuki za Ciebie Udostępnij tę odpowiedź Odnośnik do odpowiedzi Udostępnij na innych stronach Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony. Zaloguj się Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej. Zaloguj się
jak żyć po rozwodzie forum